sobota, 20 sierpnia 2016

7. - Wielki dzień

Wprost nie mogłam w to uwierzyć.
Gdy pierwszy szok minął, a ja na powrót mogłam myśleć, chciałam wrócić tam i najzwyczajniej w świecie mu przywalić.
- Oszalał, kurwa! Oszalał! - walnęłam otwartymi dłońmi w kierownicę.
Żadnym logicznym wytłumaczeniem nie potrafiłam wytłumaczyć zachowania Sebastiana, więc podejrzewałam, że niewiele w tym logiki. Za wszelką cenę próbowałam się uspokoić i jeszcze raz przeanalizowałam sytuację. Starałam się znaleźć coś, co mi umknęło, jakąś lukę, albo moją głupią odzywkę, która okazała się głupsza niż zazwyczaj i go uraziła.
Mógł się obrazić za George'a. Od początku nie przyklasnęłam jego decyzji, więc mogłoby go to zaboleć. Ale z drugiej strony doskonale wiedziałam, że gdyby coś mu się nie spodobało, powiedziałby mi to od razu i otwarcie, a nie czaił się na odpowiedni moment.
W innych okolicznościach pewnie machnęłabym ręką i odpuściła, bo nieraz się spieraliśmy, jednak prędzej czy później na powrót znajdowaliśmy nić porozumienia. Jednak coś mówiło mi, że teraz jest inaczej - widziałam to w jego oczach. Wcale a wcale mi się to nie podobało.
Dotarłam do domu, wzięłam szybki prysznic i weszłam pod kołdrę. Wydawało mi się, że Marcus już spał, jednak gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki, przyciągnął mnie do siebie o objął ramieniem.
- Jak było? - spytał cicho.
- Koszmarnie - odwróciłam się do Marcusa i ciaśniej się w niego wtuliłam. - Nie wiem co mu odbiło, ale gdy powiedziałam o naszym ślubie, zachował się jak... - szukałam odpowiedniego słowa. Byłam już naprawdę zmęczona - zazdrosny mąż.
Chyba niepotrzebnie to powiedziałam, bo Marcus nagle całkowicie się rozbudził.
- A co powiedział o twojej chorobie?
- Nie zdążyłam mu powiedzieć! Tak się wściekł, że dosłownie kazał mi się wynosić! - sapnęłam oburzona. - Jutro z samego rana pójdę do tego pajaca i mu wygarnę. Chciałam wrócić od razu, ale liczę na to, że przez noc wymyślę gorsze obelgi.
- Nigdzie nie pójdziesz - zaprotestował stanowczo, a w oczach miał dziwną zawziętość.
- Ależ pójdę - zaoponowałam.
- Nie, nie pójdziesz! Nie podoba mi się ten cały Sebastian.
- To mój przyjaciel! - podniosłam głos. - Poza tym, wcale nie musi.
Uznałam dyskusję za skończoną, jednak widocznie Marcus nie.
- Czy ty nie widzisz, że on próbuje stanąć pomiędzy nami? Że tylko kręci, abyśmy się rozstali?
Popatrzyłam na niego jak na rasowego idiotę. W głowie mi się nie mieściło, jak taki mądry facet mógł wpaść na taki pomysł. Że niby mój najlepszy pod słońcem przyjaciel chciałby udaremnić próby mojego ślubu? Niedorzeczne. Musiałam przyznać, że ostatnie zachowanie Sebastiana było dziwne, ale bez przesady.
- Wiesz co? Śpię dzisiaj w salonie, może do rana zmądrzejesz.
Wzięłam kołdrę i poduszkę, zostawiając osłupiałego Marcusa w sypialni.
Nim zasnęłam, moją ostatnią myślą było to, że to nie wróży najlepiej na naszą przyszłość, skoro nawet przed ślubem nie idziemy spać pogodzeni.
* * *
Gdy wstałam, Marcusa już nie było. Zostawił mi jakiś świstek, że ma ważną sprawę i że będzie wieczorem. Super.
Korzystając z nieobecności Marcusa, chciałam iść na górę i zakopać się w pierzyny, jednak moje plany zmienił dzwonek do drzwi.
- Dzień dobry, przesyłka dla pani - w drzwiach stał uśmiechnięty kurier, a na wycieraczce stało wielkie okrągłe pudło. Zdziwiona złożyłam podpis, podziękowałam i popędziłam do salonu, aby otworzyć paczkę. Moim oczom ukazała się sterta białego materiału. Na początku nie wiedziałam co to jest, ale jak wyjęłam owe coś, nabrało kształt mojej sukienki marzeń, którą widziałam razem ze Scarlet w sklepie.
Stałam tak z rozdziawioną buzią dłuższą chwilę, jednak na mojej twarzy stopniowo zaczął pojawiać się uśmiech. Doskonale wiedziałam od kogo jest ten prezent. Odwiesiłam suknię na regał i zadzwoniłam do Scalret.
- Ty bestio! - wyrzuciłam bez wstępnego powitania. - Jak mogłaś ją kupić?
Scarlet prychnęła śmiechem.
- Gdybym ja się tym nie zajęła, poszłabyś do ślubu w dżinsach i bokserce. A skoro mam byś druhną, nie możesz wystawić mnie na pośmiewisko. Poza tym, dzięki temu mam już z głowy prezent ślubny. I wszyscy zadowoleni - podsumowała, jakby to nie była wielka sprawa.
Już miałam zacząć kręcić i mącić o tym, że może sukienka wcale nie jest taka ładna, że może się w niej nie zmieszczę, albo inne głupoty tylko dlatego, żeby ukryć moje wzruszenie, ale w ostatniej chwili zrezygnowałam z odstawiania szopki.
- Dziękuję, Scarlet - powiedziałam po prostu. - Dobra z ciebie przyjaciółka.
- No pewnie, że dobra - prychnęła, ale też była wzruszona. - Tym bardziej, że to ja zajmuję się twoim ślubem i weselem, a mam na to tylko dwa tygodnie.
Pełna dobrego nastroju jeszcze raz chciałam zacząć jej dziękować i tym samym pompować jej ego, ale dotarł do mnie sens jej słów i zmarszczyłam brwi.
- Jak to dwa tygodnie? - zdziwiłam się. To prawda, byłam zaręczona, ale myślałam raczej o dwóch miesiącach, a nie tygodniach.
- No przecież Marcus dzwonił dzisiaj rano i powiedział, że za dwa tygodnie chcecie wziąć ślub. Coś nie tak? - zaniepokoiła się, ja tym bardziej, chociaż raczej byłam wkurzona.
- Nie, wszystko cacy - uduszę Marcusa gołymi rękami. - Wybacz, muszę kończyć - mój dobry nastrój prysnął jak bańka mydlana.
- Czekaj - zatrzymała mnie Scarlet. - A jak tam rozmowa z Sebastianem? Jak zareagował?
Czy naprawdę nie mogła mnie spytać o to wcześniej? Postanowiłam, że zaspokoję jej ciekawość.
- Powiedziałam, że wychodzę za mąż. Wkurzył się nie wiadomo o co, a gdy chciałam powiedzieć mu resztę, wyrzucił mnie z Rady, tak więc nie zdążyłam.
Spodziewałam się linczu o tym, że Sebastian dalej nie wiedział o mojej chorobie.
- Hmm - podsumowała moje słowa. - Ciekawe.
- A co w tym takiego ciekawego? - zdziwiłam się.
- Kiedy Sebastian powiedział ci, że... no wiesz... jest gejem? - wyczułam, że była zażenowana tym pytaniem.
- Nie powiedział - nieco zdziwiona, odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Nie rozumiałam co miał piernik do wiatraka, ale za Scarlet momentami trudno było nadążyć.
Nagle rozbolała mnie głowa, więc poszłam do łazienki po coś przeciwbólowego. Wzięłam dwie tabletki.
- Ale przecież mówiłaś... - była zagubiona.
- No tak, ale sama doszłam do takiego wniosku. No bo prawdę mówiąc, odkąd go znam, nigdy nie zainteresował się żadną dziewczyną. To trochę dziwne, że wcześniej na to nie wpadłam. Musiałam być wybitnie głupia.
Wróciłam do salonu i rozsiadłam się na kanapie. Przeniosłam wzrok na suknię i znowu uśmiechnęłam się lekko.
- Wybitnie głupia to ty jesteś teraz - stwierdziła Scarlet. - Dośpiewałaś sobie jakąś historyjkę o Sebastianie, a nie potrafisz dostrzec rzeczywistości. To oczywiste, że Sebastian jest w tobie zakochany i tylko ktoś ślepy by tego nie zauważył - powiedziała na jednym wydechu. - A teraz zdenerwowałaś mnie strasznie i nie chcę już z tobą gadać. Jak zmądrzejesz to się odezwij.
- Zmówili się czy co? - spytałam sama siebie, odkładając telefon.
Byłam już zmęczona tymi ciągłymi teoriami, jakoby coś mnie z Sebastianem łączyło. Był moim przyjacielem i nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby to się zmieniło. Miałam tylko nadzieję, że po ślubie te niedorzeczności wylecą im wszystkim z głowy.
Usłyszałam ciche pukanie do drzwi, jednak nie dałam rany wstać z kanapy. Krzyknęłam „Proszę” i czekałam na mojego gościa Ktoś wszedł do salonu, a gdy się nie odezwał, uchyliłam powieki. Nade mną stała Violetta, a minę miała nieciekawą.
- Stało się coś? - zaniepokoiłam się od razu.
- Ty mi powiedz, dziecko - usidła obok mnie. - Chyba się umawiałyśmy, że będziemy w stałym kontakcie, miałaś przyjść do mnie na rutynową kontrolę. Nie przyszłaś jednak, a jak zajechałam do twojego mieszkania okazało się, że już tam nie mieszkasz. O co chodzi?
Zastanowiłam się chwilę i w duchu przyznałam Violetcie rację. W tym całym szale kompletnie zapomniałam i o wizycie i o poinformowaniu o zmianie mojego lokum.
- Fakt, wyleciało mi z głowy.
- Dziecko! - wyrzuciła ręce w górę. - Tutaj chodzi o twoje życie, a ty „zapomniałaś”? - zapytała z niedowierzaniem.
- Przecież i tak nie da się nic zrobić, po co więc marnować czas i mój i twój? - spytałam lakonicznie. Już chciałam zaproponować jej coś do picia, ale morderczy wzrok mojej rozmówczyni zatrzymał mnie na miejscu.
- Ja jeszcze się nie poddałam, więc ty też nie próbuj - powiedziała tajemniczo. - A teraz zmierzymy ci ciśnienie.
Jęknęłam zrezygnowana. Super.
* * *
Violetta widocznie minęła się z kimś w moich drzwiach, bo przywitała się miło i życzyła miłego dnia. Właśnie tego było mi trzeba - kolejnego gościa! Powoli miałam tego dosyć.
- Kimkolwiek jesteś, odejdź - mruknęłam z kanapy.
- Możemy porozmawiać?
Zerwałam się na nogi, słysząc głos Sebastiana. Już miałam zacząć nawijać o tym, jakim jest bydlakiem i padalcem, skończonym osłem i kazać mu iść do wszystkich diabłów, jednak kiedy go zobaczyłam, cała przygotowana wcześniej przemowa zamarła mi na ustach.
Wyglądał jakby w ogóle dzisiaj nie spał - miał podkrążone oczy i szklisty wzrok. Gdybym nie wiedziała, że mam do czynienia z jednym z najlepszych Łowców, pomyślałabym, że to jakiś podpity Nadnaturalny, który dostał zastrzyk gotówki i zdążył wychylić już kilka kolejek.
- O czym chcesz rozmawiać? - spytałam cicho.
Widmo kłótni nagle rozwiało się w powietrzu. Coś było zdecydowanie nie tak.
Nie czekając na zaproszenie, usiadł na kanapie, czekając widocznie, aż uczynię to samo. Ostrożnie poszłam w jego ślady.
Sebastian przypatrywał mi się tak intensywnie, że nie wiedziałam gdzie oczy podziać. Najchętniej podziwiłabym teraz listwy podłogowe albo ciężkie zasłony w oknach.
- Skąd wiedziałeś gdzie mnie szukać? - zmusiłam się, aby spojrzeć mu w oczy. O nie, nie będę się bała! Nie mam czego, w końcu jestem u siebie.
- Podejrzewałem, że po tym wszystkim mieszkasz... u niego - odpowiedział nie bez wahania. - Posłuchaj, to już za długo trwa. W końcu musimy powiedzieć sobie pewne rzeczy. Właściwie to ja muszę - poprawił się. - Pewnie zastanawiasz się, co właściwie się wczoraj stało...
- No żebyś wiedział, że się zastanawiam! Sebastian, do cholery, co ci odbiło? - przerwałam mu gwałtownie. - Wybacz, ale pogubiłam się w tym wszystkim. Powiedziałam ci, że wychodzę za mąż, a ty - wskazałam na niego - zamiast mnie wspierać, wywalasz mnie z Rady jak gdyby nigdy nic, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia. Czy ty wiesz jak się poczułam?
Z chwilą, gdy wypowiedziałam te słowa, dopiero wtedy tak naprawdę i do mnie one dotarły. Od wczoraj złością próbowałam ukryć moje prawdziwe uczucia: rozżalenie, smutek. Zawiodłam się na swoim przyjacielu, a to naprawdę mnie zabolało.
- Wiem, kochanie, przepraszam - z miną cierpiętnika chwycił mnie za dłonie. - Lecz gdy usłyszałem, że za niego wychodzisz, to... - pokręcił głową zrezygnowany.
- To co? - spytałam delikatnie. Nie chciałam krzyczeć, nie chciałam udowadniać niczego obelgami i przekleństwami. Chciałam za to usłyszeć prawdę.
Spojrzał prosto w moje oczy, jakby szukał jakichś odpowiedzi, ale widocznie wyczytał z nich jedną wielką konsternację, bo westchnął zrezygnowany.
- Naprawdę jeszcze się nie domyślasz? - spytał, a ja miałam w głowie totalną pustkę. Przecież chyba niemożliwym było to, żeby Scarlet mówiła prawdę?
- Kocham cię, Anastasio. Nie wiem, czy kochałem cię już od momentu, w którym znalazłem cię w tym lesie, czy stało się to gdzieś po drodze, jednak jedno jest pewne - jestem w tobie zakochany i z całą pewnością nie traktuję cię już tylko jako przyjaciółki.
Na przemian zamykałam i otwierałam usta, chcąc coś powiedzieć - cokolwiek. Byłam jednak w takim szoku, że nawet nie wiedziałam, jakim cudem jestem jeszcze zdolna samodzielnie oddychać.
Mój przyjaciel... mój najlepszy przyjaciel... O Boże.
- Powiedz coś - szepnął błagalnie, jakby czekał na wyrok.
W jego oczach było tyle niepewności i desperacji, że nie wierzyłam, że to dzieje się naprawdę. Wiele można było powiedzieć o Sebastianie; był odważny, waleczny, silny, pewny siebie, zabawny, ale teraz pokazał całkiem inne oblicze i to sprawiło, że zrozumiałam, iż nie znam mojego przyjaciela. Ukrywał przede mną tak wiele... Zaczęłam zastanawiać się, czy nasza przyjaźń kiedykolwiek była prawdziwa, czy też była tylko grą pozorów i jednym wielkim kłamstwem.
Powoli oswobodziłam ręce z jego uścisku. Widziałam w jego oczach, że go tym zraniłam, jednak nie mogłam inaczej. Zbyt wiele się wydarzyło, zbyt dużo słów zostało powiedzianych.
- Sądzę, że powinieneś już pójść - powiedziałam słabym, drżącym głosem.
Nie miałam odwagi spojrzeć w jego oczy. Kątem oka widziałam, jak wstaje. Widocznie miał już iść, ale zawahał się na chwilę i złożył na moim czole pocałunek.
Nie mogłam już tego znieść. Zacisnęłam oczy bojąc się, że się rozpłaczę. Otworzyłam je dopiero, gdy drzwi się zamknęły.
Skuliłam się na kanapie i zaczęłam płakać. Nic innego nie przyszło mi do głowy, wszakże dzisiaj straciłam mojego najlepszego i jedynego przyjaciela.
Uratował mnie, wspierał, zawsze byliśmy razem. A teraz to wszystko rozsypało się w drobny pył. Nie było już niczego.
* * *
Przypatrywałam się w lustrze mojej twarzy bez nawet cienia uśmiechu. Gdyby nie to, że miałam na sobie białą suknię, ktoś mógłby pomyśleć, że raczej wybieram się na pogrzeb. Wygładziłam jasny materiał i odrzuciłam do tyłu moje polokowane rude włosy.
Po raz tysięczny podeszłam do okna w nadziei, że zobaczę Sebastiana, ale nic z tego. Tak bardzo chciałam go ujrzeć, przytulić się do niego, usłyszeć jego głos... Jednak wiedziałam, że się nie zjawi. Nie po tym, co mi powiedział.
Ceremonia zaczynała się w południe, a że było już wpół do dwunastej, niedługo musiałam zejść na dół. Chwyciłam mój bukiet, wzięłam głęboki wdech i otworzyłam drzwi. Napotkałam zdeterminowany wzrok Scarlet.
- Właź do środka - bezceremonialnie pchnęła mnie do tyłu i zatrzasnęła drzwi.
- Co ty wyrabiasz? Przez ciebie spóźnię się na swój własny ślub! - zdenerwowałam się, odzyskując równowagę. - Przepuść mnie.
- Co ja wyrabiam?! - była głucha na moją prośbę. - Raczej to ja powinnam ciebie o to zapytać! - wbiła palec w moją klatkę piersiową. - Ta szopka zaszła za daleko, ale jako, że jestem twoją przyjaciółką, moim obowiązkiem jest przerwać tę komedię.
- Jaka szopka? O czym ty gadasz, dziewczyno? - odtrąciłam jej rękę. - Jeśli chcesz się kłócić, to okej, ale po ślubie! Teraz zwleczesz swój tyłek na dół, weźmiesz kwiaty w łapę i będziesz moją druhną!
Rozeźlona nie na żarty odwróciłam się do niej tyłem.
- Przecież ty go nawet nie kochasz.
Na te słowa przystanęłam w miejscu, niczym rażona prądem. Odwróciłam się powoli.
- Oczywiście, że kocham - zaprzeczyłam temu absurdalnemu oskarżeniu.
- Nie - obstawiała przy swoim. - Tylko tak ci się wydaje. Dawno temu połączyło was uczucie. Zakochałaś się w nim, bo był starszy, mądrzejszy i wydawało ci się, że to jest ten jedyny. Marcus może cię kochał, może nie, ale teraz na pewno nic do ciebie nie czuje. Gdyby było inaczej, już na samym początku, gdy jeszcze niczego nie pamiętałaś, wyjaśniłby ci jak się sprawy mają, walczyłby o ciebie. Ale on wolał stać z boku i czekać na rozwój wydarzeń.
- Bo myślał, że wtedy go zdradziłam, że uciekłam z Alexandrem - wydukałam nieskładnie.
Scarlet pokręciła jedynie głową.
- No właśnie. Gdyby naprawdę ciebie kochał, nigdy by w to nie uwierzył. Szukałby cię, żeby odkryć prawdę, ale on tego nie zrobił, Ano. Gdyby nie przypadek, już nigdy byście się nie spotkali. A Sebastian był z tobą zawsze, ale jesteś zbyt ślepa i za głupia żeby to dotrzeć. Masz przed nosem diament, a wmawiasz sobie, że zadowolisz się bazarowymi świecidełkami.
Poczułam gwałtowny uścisk w sercu. Marcus był moją pierwszą miłością, gwałtowną, pełną magii i niekończącej się ekscytacji. Troszczył się o mnie, bez niego moje młodzieńcze lata byłyby puste. Z kolei Sebastian był moją bezpieczną przystanią, z nim nie czułam tych gwałtownych porywów, które doświadczałam przy Marcusie, ale z całą pewnością odczuwałam spokój, wyciszenie. Mogłam być po prostu sobą.
Nowy Jork jest głośnym miastem, pełnych klubów, świateł i muzyki, która nigdy nie cichnie. Raj dla osób lubiących dobrą zabawę, raj dla dawnej mnie. Jednak teraz, po latach imprezowania i życiu w biegu chciałam od tego odpocząć, zaszyć się w jakimś kącie i poczuć spokój. Skończyłam etap młodości i zostawiłam go za sobą. A w tym etapie był Marcus, którego na siłę chciałam wpasować w moje obecne życie. Po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy to aby nie błąd.
- Gdyby ktoś powiedział ci, że za godzinę umrzesz, z kim chciałabyś spędzić tę ostatnią godzinę? Z Marcusem, czy z Sebastianem? - spytała cicho Scarlet, chcąc widocznie pomóc mi w ostatecznym podjęciu decyzji.
Gdy w myślach udzieliłam odpowiedzi na to pytanie, poczułam, jakbym przez lata wstrzymywała oddech, a teraz nareszcie mogła oddychać.
Uśmiechnęłam się do Scarlet. Być może Sebastian nie był już moim przyjacielem, ale znalazłam sobie godne zastępstwo.
- Dziękuję - w przypływie emocji podskoczyłam do mojej przyjaciółki i uściskałam ją serdecznie. Gdy ta była jeszcze w lekkim szoku, wcisnęłam w jej dłonie bukiet białych róż. - Gratulacje, złapałaś bukiet panny młodej, będziesz więc następna.
Roześmiałam się, widząc jej nic nierozumiejącą minę i wybiegłam z pokoju.
* * *
Oczywiście nie było tak jak w filmach. Nie mogłam pędzić od razu do mojego ukochanego, bo najpierw musiałam rozliczyć się z przeszłością. Przecież zasługiwał na wyjaśnienia.
Zapukałam do pokoju mojego narzeczonego i po chwili weszłam cicho. Stał przy oknie, sprawiał wrażenie, jakby na mnie czekał.
- Podejrzewałam, że przyjdziesz - powiedział, nawet się nie odwracając.
- Wywróżyłeś z kart? - spytałam, na pozór lekko, jednak mój strach zdradziło lekkie drżenie mojego głosu.
- Wiesz czemu chciałem tak szybkiego ślubu? Bo wiedziałam, że większa zwłoka w czasie w końcu uświadomi ci, że tak naprawdę tego nie chcesz. Jednak widocznie i tak się spóźniłem - powiedział, a mi zrobiło się przykro. Naprawdę nie chciałam go ranić. - Tak bardzo kombinowałem, żebyś była za mną, że nawet nie przyszło mi do głowy zadać samemu sobie pytanie, czy naprawdę tego chcę.
W mig pojęłam to, co chciał mi powiedzieć.
- W ten zawiły sposób chcesz mi powiedzieć, że gdybym to ja się nie rozmyśliła, zrobiłbyś to ty? - wiem, że nie powinno byś mi przykro, nie po tym, co zrobiłam, ale nic nie mogłam poradzić na to, że poczułam lekkie ukłucie w sercu.
Wreszcie na mnie spojrzał, a ja odczytałam prawdę w jego oczach.
- Nie, nie zrobiłbyś tego - pokręciłam głową. - Przemęczył byś się ze mną przez te kilka tygodni.
Nie byłam pewna, że powinnam go wyściskać a tą szlachetność, czy dać w pysk za to, że planował, abym ostatnie tygodnie mojego życia spędziła w kłamstwie. Wobec tego zdecydowałam, że dalej będę tak sobie stała.
- Ale widocznie nie będę musiał - uśmiechnął się lekko.
- Nie, nie będziesz - potwierdziłam.
Chciałam go pocałować na pożegnanie, jednak ostatecznie się na to nie zdecydowałam. Kiedy będę odchodziła, chciałabym móc czegoś żałować.
* * *
Spojrzenia ludzi wyrażały więcej niż tysiąc słów. Mogłam się chociaż przebrać.
Wiem, że wyglądałam dobrze w mojej sukni marzeń, była lekka, zwiewna i wyglądała jakby została uszyta specjalnie dla mnie, ale mimo wszystko była to suknia ślubna, więc spacery w niej po Nowym Jorku raczej wzbudzały sensację.
Będąc w windzie apartamentu Sebastiana zorientowałam się, ze po prawdzie nigdy tutaj nie byłam. Sebastian na początku mieszkał u mnie, jednak zaraz znalazł sobie lokum, a od tamtej pory widywaliśmy się na gruncie zawodowym i widywałam go głownie w radzie. Byłam przyjaciółką do bani.
Winda zatrzymała się w końcu na właściwym piętrze, a mnie naszły wątpliwości. A co, jeśli już przebolał moją stratę i mnie wygoni? Znowu. Albo jeśli go nie ma, bo wziął urlop, wyjechał na Wyspy Kanaryjskie i w tym momencie obraca jakieś panienki? Wzdrygnęłam się na tę myśl i stwierdziłam, że jak powiedziałam A, muszę powiedzieć i B, bo będzie wstyd.
Wzięłam głęboki wdech i zapukałam do drzwi. Otworzył po dłuższej chwili, a gdy zobaczył mnie w mojej sukni, wzdrygnął się mimowolnie.
- Aż tak źle wyglądam? - próbowałam rozładować napięcie. Taa, zabawna ja.
Nie odezwał się, bo pewnie zastanawiał się, co ja tutaj właściwie robię.
- Jeśli chciałaś zaprosić mnie na przyjecie weselne, to wybacz, ale nie jestem w nastroju - stwierdził, po czym próbował zamknąć drzwi, jednak mu na to nie pozwoliłam.
- Możemy porozmawiać? Proszę - błagałam.
Musiałam mu wyjaśnić parę rzeczy.
- Myślałem, że już sobie wszystko wyjaśniliśmy - stwierdził, jednak otworzył drzwi, gestem zapraszając mnie do środka. - Nie powinnaś być teraz na własnym ślubie?
Westchnęłam. Chciałam powiedzieć, że tego ślubu w ogóle nie powinno być w planach, ale chciałam wyjaśnić najpierw inną rzecz, zanim przejdę do tej drugiej.
- Sebastian, ja... - nie przemyślałam sobie tej rozmowy, nie wiedziałam jak to wszystko wyjaśnić. - Pamiętasz, jak wtedy, po spotkaniu z Alexandrem, prawie umarłam? - spytałam.
Uniósł brwi, widocznie zastanawiając się, co ma piernik do wiatraka.
- Ano, naprawdę nie sądzę, że to dobry moment...
- Proszę - przerwałam mu, ocierając pojedynczą łzę. To naprawdę nie było łatwe.
Westchnął, ale kiwną głową.
- Pamiętam. Gdyby Violetta nie podała ci tego lekarstwa, byłabyś martwa.
- Tak, cóż... okazało się, że to lekarstwo tylko odroczyło moją śmierć - wyjaśniłam najszybciej jak umiałam. - Ja umieram, Sebastian. Nie zostało mi już dużo czasu.
Na początku sprawiał wrażenie, jakby to kompletnie do niego nie dotarło. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy przypadkiem nie powiedziałam tego tylko w myślach.
- Nie - pokręcił głową. - To niemożliwe. Przecież przeżyłaś, musisz się mylić, to niemożliwe - powtarzał, na początku do mnie, potem chyba jednak sam do siebie. - Kurwa - schował twarz w dłoniach. - To nie może być prawda.
- Ale jest - stwierdziłam słabo.
To było cholernie niesprawiedliwie. Gdy w końcu teraz zmądrzałam i zdałam sobie sprawę, czego tak naprawdę chcę, musiałam się pożegnać z życiem.
- To dlatego tutaj jesteś? - spytał, gdy jako tako się uspokoił. - Ten bydlak, gdy dowiedział się o tym, zostawił cię?
Chwilę czasu zajęło mi utożsamienie „bydlaka” z Marcusem.
- Nie - zaprzeczyłam. - Wiedział już wcześniej.
Właśnie w tej chwili popełniłam błąd, jednak za późno zdałam sobie z tego sprawę.
- Wcześniej - powtórzył po mnie. - Czyli ile czasu już wiesz?
No to będzie jazda.
- Od naszego powrotu z Paryża - przyznałam niechętnie.
- Ano, to było kilka miesięcy temu - stwierdził, wypranym z emocji głosem. - Na co ty, na Boga czekałaś? Dlaczego mi nie powiedziałaś? Rozumiem, nie odwzajemniasz moich uczuć, ale czy naprawdę znaczę dla ciebie tak mało, że nie poinformowałaś mnie o tym, że... że ty... - nie mógł wypowiedzieć tego na głos i nie dziwiłam się. Też na początku miałam z tym problemy.
- Bo było mi trudno! - wyszlochałam. - Nie chciałam żebyś wiedział, bo chciałam, żeby wszystko było po staremu. Żebyś traktował mnie jak zwykle. Czy to tak trudno zrozumieć?
- A nie przyszło ci do głowy, jakbym się poczuł, jakbym pewnego dnia obudził się, a ciebie już nie było? Wszyscy wiedzieliby prawdę, tylko nie ja, bo zgaduję, że pozostałym też powiedziałaś.
Nie odpowiedziałam, tym samym udzielając mu odpowiedzi.
- Nie chciałam, żeby to tak wyszło, uwierz mi. Chciałam ci powiedzieć wtedy w Radzie, ale wyrzuciłeś mnie, nie dając dojść do słowa, a potem nie było okazji.
Wbił we mnie wzrok pozbawiony wszelakich emocji. No okej, była okazja, ale wtedy to ja go dla odmiany wyrzuciłam.
- Przyszłaś w tej sukni ślubnej, żeby jeszcze bardziej mnie podręczyć? - wskazał na mój niecodzienny ubiór. - Nie dość, że właśnie wyznałaś mi, że już niedługo mogę cię stracić, to na dodatek zrobiłaś to przed własnym ślubem, że nawet teraz, kiedy jeszcze tutaj jesteś... - pokręcił tylko głową bezradnie.
Jego słowa poważnie mnie zraniły, jednak coś mówiło mi, że ja zraniłam go bardziej.
- Wiem, że nie naprawię wszystkiego, co zrobiłam źle - zaczęłam, powoli idąc w jego kierunku. Aby dokładnie zrozumiał to, co chciałam mu powiedzieć, cały czas wpatrywałam się w jego smutne oczy. - Mogę jedynie postarać się nie popełniać więcej błędów. Ale to ja, więc to pewnie nieuniknione.
Kiedy byłam już naprawdę, naprawdę blisko, uśmiechnęłam się smutno.
- Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że wychodząc za Marcusa, popełniłabym największy błąd w życiu, bo tak naprawdę go nie kocham. Kocham ciebie i naprawdę nie wiem, jakim cudem wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Być może to dlatego, że zawsze byłeś obok. Dopiero niedawno, gdy uświadomiłam sobie, że mogę już nigdy więcej ciebie nie zobaczyć, dotarło do mnie, co naprawdę czuję.
Takie przemowy nie były w moim stylu. No bo spójrzcie na to - ja, taka Łowczyni nagle przemawiam niczym balkonowa Julia? Ale właśnie w tym momencie czułam się naprawdę dobrze i na miejscu.
- Powiedź coś - uśmiechnęłam się do Sebastiana, gdy ten przyglądał mi się tylko z nieodgadnioną miną.
- Już się bałem, że od ciebie tego nie usłyszę - jego twarz wreszcie zagościł uśmiech, który tak bardzo kochałam. - Jeśli myślisz, że pozwolę ci odejść, to się myślisz. Znajdziemy sposób - spojrzał na mnie z zaciętością w oczach. Nie zdążyłam jednak odpowiedzieć, bo jego usta znalazły się na moich.
Może i nie zostało mi dużo czasu, jednak jak miałam go spędzić właśnie w taki sposób, nie miałam prawa narzekać.
_____________________
Ten rozdział pisało mi się strasznie topornie, bo nie jestem dobra w takich uczuciowych scenach ;)
Jeszcze tylko jeden rozdział i epilog i żegnamy się z bohaterami, więc ten tego... Tak tylko mówię, żebyście nie byli zdziwieni :)
Teraz pozostaje tylko jedna niewiadoma: co z Aną? Jakieś domysły?